Pojechać na wyścigi konne, przesiedzieć trzy i pół godziny w kinie, na koniec zjeść flaki w Louvre. Tak mogła wyglądać niedziela 17 października 1926 roku. Plan na nią da się ułożyć z jednego numeru „Gazety Bydgoskiej”.
W Bydgoszczy 100 lat temu niedziela wypadła 17 października. Niedzielna „Gazeta Bydgoska” kosztowała 20 groszy i miała szesnaście stron, z których dało się ułożyć cały dzień: wyścigi konne, mecz, kina, teatr i zabawy do rana.
Brzmi jak zwykły weekend, tylko szczegóły są z innej epoki. Muzeum wpuszczało w niedziele na dwie godziny, a konia, który wygrał jeden z wyścigów, można było kupić zaraz po biegu.
O 7:30 na końcowym przystanku tramwaju przy Nakielskiej mieli się zbierać powstańcy i wojacy z obwodu bydgoskiego. Stamtąd powózki miały ich zawieźć do Łochowa, gdzie bratnie towarzystwo święciło sztandar.
Kto został w mieście, mógł zajrzeć do Muzeum Miejskiego na Starym Rynku, byle zdążył między 11 a 13, bo tylko wtedy było otwarte w niedziele. Muzeum działało od trzech lat w kamienicy pod numerem 2, w której wcześniej mieściła się Miejska Kasa Oszczędnościowa. Tej kamienicy już nie ma, a muzeum od 1946 roku ma siedzibę przy Gdańskiej 4 i w niedziele zwykle wpuszcza zwiedzających na sześć godzin.
Po obiedzie można było pojechać pociągiem o 13:06 do Małych Kapuścisk albo autobusem spod kościoła Klarysek. Na starym torze wyścigowym miał się tego dnia kończyć jesienny sezon. Do biegów miała przygrywać orkiestra 16 pułku ułanów, a na widzów czekała kryta trybuna.
Jeden z biegów, tak zwany wyścig sprzedażny, kończył się licytacją. Konia, który go wygrał, miano sprzedać zaraz po wyścigu, a najmniejsze podbicie ceny wynosiło 50 zł.
Nie tylko konie miały tego popołudnia swój wyścig. O 14:00 na szosie Gdańskiej ścigać się mieli kolarze Bydgoskiego Klubu Kolarzy, a start i meta były przy Szkole Podchorążych. Najdłuższy bieg, o mistrzostwo klubu, liczył 35 kilometrów, seniorzy jechali sześć, a na koniec był bieg żółwi na 200 metrów. Zawody miały się odbyć już 3 października, ale kilka razy zepsuła się sanitarka.
Godzinę później, o 15:00, na Stadionie Miejskim miał się zacząć mecz piłkarski: Polonia miała podejmować Gedanię, polski klub z Wolnego Miasta Gdańska.
Wieczór można było zacząć o 17:00 w Hotelu pod Orłem. Jego restauracja i cukiernia urządzały w niedziele i święta five o’clocki do 19:00, a od 19:00 grał koncert. Hotel działa nadal jako czterogwiazdkowy Focus Hotel Premium „Pod Orłem”. Między wojnami odbywały się w nim, jak przypomina zarządzająca hotelem sieć, rauty oficerskie i bale charytatywne.
W kinie Kristal szedł film „Najukochańsza żona maharadży” z Gunnarem Tolnaesem, a orkiestra grała w powiększonym składzie. Gdzie było to kino? Notatka o filmie adresu nie podaje, ale okolicę zdradza ogłoszenie kilka stron wcześniej: Bar Angielski przy Gdańskiej 165 reklamował się jako lokal obok kina Kristal. Od 16 października kieliszek wódki kosztował w nim 20 groszy zamiast 30.
Najwięcej czasu trzeba było mieć na kino Marysieńka. W ostatnich dwóch dniach wyświetlania pokazywało w całości „Gdy walą się trony” z Ellen Rychter i Georgiem Aleksandrem, a jedno przedstawienie trwało trzy i pół godziny.
Kto wolał coś innego, miał Corso i Nowości. W Corso szedł w tych dniach kowbojski „Groźny Jastrząb” z Fredem Thomsonem i jego koniem, a na scenie występowali artyści. W Nowościach przy Mostowej 5 była tego dnia premiera: francuski dramat „Kobieta najbardziej pożądana” w ośmiu aktach.
Teatr Miejski grał tego dnia dwa razy. Po południu po cenach zniżonych szły „Skalmierzanki” Kamińskiego, a o 20:00 „Odsiecz Wiednia” Rapackiego. Wjazd Sobieskiego do Wiednia na siwym koniu publiczność przyjmowała, jak zapewniała gazeta, entuzjastycznie.
Na zabawy zapraszały towarzystwa. Od 18:00 powstańcy i wojacy ze Szwederowa urządzali wieczornicę z własną orkiestrą w sali Baeckera przy Świętej Trójcy 8–9. Pół godziny później towarzystwa młodzieży „Naprzód” i „Zorza” zaczynały zabawę jesienną w Strzelnicy przy Toruńskiej i obiecywały, że bawić się można do rana. O 20:00 Polski Czerwony Krzyż zapraszał do Resursy Kupieckiej na Wieczorek Chryzantemów z tańcami, kwiatami i losowaniem fantów.
Kto nie chciał jeszcze wracać do domu, szedł do kawiarni Louvre przy Gdańskiej 143, na rogu Słowackiego. Obiad z trzech dań kosztował tam 1,25 zł, a najmniejsze podbicie ceny konia na torze w Małych Kapuściskach równało się czterdziestu takim obiadom. Kolacja kosztowała 1,50 zł, w niedziele kuchnia podawała flaki po warszawsku, a lokal był otwarty do 2:00 w nocy.
Z tamtej niedzieli zostało szesnaście stron gazety za 20 groszy, a w nich plan na cały dzień, od zbiórki na Nakielskiej po flaki w Louvre. Część miejsc przetrwała: Hotel pod Orłem nadal przyjmuje gości, a muzeum, choć w innym gmachu, w niedziele jest otwarte trzy razy dłużej niż wtedy. Seanse na trzy i pół godziny i licytacja konia prosto z toru brzmią dziś jak z innej epoki, bo z niej są. Sama ochota, żeby w niedziele wychodzić z domu, coś zobaczyć i wracać późno, jest za to zupełnie znajoma.
Stan źródeł: 17 października 2026.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze