Bydgoska akcja „Bezpieczny rowerzysta” pokazała skalę problemu, ale nie dotknęła jego sedna. Bo choć patrole drogowe ujawniły dziesiątki wykroczeń, to nie wystarczy, by realnie zmienić to, co dzieje się na ulicach i chodnikach miasta. Potrzebujemy nie tylko mandatów, ale przede wszystkim kultury jazdy, edukacji i egzekwowania elementarnych zasad. I to nie tylko od kierowców.
Policjanci z Bydgoszczy i powiatu podczas jednodniowej akcji 4 maja ujawnili łącznie 66 wykroczeń — po równo wśród kierowców i rowerzystów. Oficjalne dane mogą sugerować równowagę win, ale rzeczywistość drogowa pokazuje coś zupełnie innego.
Najczęstsze przewinienia cyklistów to jazda po chodniku, brak sprawnych świateł oraz używanie telefonu trzymanego w ręce. Niby drobnostki, ale realnie wpływające na bezpieczeństwo — ich własne i pieszych. Wśród kierowców dominowały wykroczenia związane z brakiem ostrożności wobec rowerzystów.
To, co najbardziej irytuje mieszkańców, to nie tylko brak wiedzy, ale zwykła ignorancja wobec przepisów. Częsty obrazek? Rowerzysta jadący chodnikiem mimo obecności nowej ścieżki rowerowej metr obok. Albo przejazd na czerwonym, bo „nikogo nie ma”.
W długie weekendy sytuacja eskaluje na drogach pod Bydgoszczą. Tam, gdzie istnieje infrastruktura rowerowa, wielu cyklistów i tak wybiera jezdnię. Jak widzisz zator i coś blokuje pas ruchu — najczęściej okazuje się, że to rowerzysta jadący pod górę mimo dostępnej ścieżki tuż obok. „Jak widzisz zator, to pewnie jedzie przed tobą ktoś z bidonem, spodenkami i przekonaniem, że świat należy do niego” — mówi jeden z kierowców. I choć nie każdy rowerzysta zachowuje się w ten sposób, trudno nie zauważyć pewnych wzorców.
Policjanci robią swoje i chwała im za to, że działają — nie są bierni wobec problemu. Ale mimo ich wysiłków trudno dziś mówić o realnym przełomie. Nadal brakuje stałych działań edukacyjnych, szkoleń w szkołach czy szeroko zakrojonych kampanii informacyjnych w przestrzeni miejskiej.
Brakuje też stanowczości. Wciąż nie są wystarczająco karani ci, którzy jeżdżą po chodnikach mimo wyraźnych oznaczeń. Skoro to codzienny obrazek, trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej dziedzinie niewiele się zmienia. Cykliści z niesprawnymi rowerami, bez świateł, czy kompletnie ignorujący ruch drogowy pozostają bez realnych konsekwencji. Może najwyższy czas zacząć egzekwować elementarne wymagania wobec tych, którzy wciąż je lekceważą — dla bezpieczeństwa wszystkich.
Choć często wrzuca się hulajnogistów do jednego worka z rowerzystami, praktyka pokazuje, że to zupełnie inna grupa. Wbrew pozorom użytkownicy hulajnóg elektrycznych częściej noszą kaski, mają sprawne oświetlenie i poruszają się ostrożniej.
To rowerzyści — niektórzy, rzecz jasna — dominują w statystykach niefrasobliwości. A stereotypy, choć zabawne („rowerzysta = mistrz świata pod zakazem”), niestety często się potwierdzają. I to nie dlatego, że ktoś chce atakować rowerzystów jako grupę, ale dlatego, że ignorancja przepisów jest zbyt powszechna.
Jeśli zależy nam na bezpieczeństwie na drogach, potrzebujemy zmiany podejścia. Mandaty i kontrole to narzędzie, ale nie rozwiązanie.
Rowerzyści muszą zrozumieć, że nie są poza prawem — obowiązują ich te same zasady współodpowiedzialności. Policja powinna nie tylko reagować, ale też działać prewencyjnie. Bo dopiero edukacja i egzekwowanie przepisów przyniesie efekt — nie tylko na papierze, ale i w realnym ruchu drogowym.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze