Głośne telefony i muzyka z głośnika znikają z krakowskich tramwajów — za złamanie zasad grozi 200 zł. W Bydgoszczy? Na razie bez zmian.
Strefa ciszy w komunikacji wraca jak bumerang — zwykle wtedy, gdy w tramwaju ktoś odpala filmiki na głośniku albo prowadzi rozmowę tak, jakby cały wagon był jego salonem. I tu nie ma wielkiej filozofii: to kwestia obycia. Obycie wynosi się z domu. A jeśli ktoś go nie wyniósł, to trzeba go nauczyć — edukacją, zasadami, a gdy nie działa: egzekwowaniem.
Kraków od początku roku wprowadził jasne reguły: zakaz odtwarzania muzyki „na głos”, rozmów telefonicznych na głośnomówiącym, włączania radia oraz grania na instrumentach w pojazdach komunikacji miejskiej. Bez wyjątków. Za łamanie zasad grozi 200 zł mandatu, a przestrzegania pilnują kontrolerzy — tak samo, jak biletów.
Efekt jest prosty: mniej hałasu, mniej nerwów, więcej normalności. Komunikacja miejska to przestrzeń wspólna, nie scena. A jeśli ktoś naprawdę musi słuchać muzyki — od tego są słuchawki.
W Bydgoszczy od zeszłorocznych wakacji w autobusach i tramwajach wiszą piktogramy z zasadami. W skrócie: psy tylko w kagańcu, zakaz alkoholu, zakaz papierosów i e-papierosów, zakaz jedzenia typu burgery czy lody „w dłoni”. Jest też jasny sygnał: nie słuchamy muzyki i nie oglądamy filmów bez słuchawek.
I tu warto dać ZDMiKP oraz miejskim włodarzom rewelacyjną podpowiedź, za którą nie trzeba wydawać setek tysięcy złotych na badania i analizy: Szanowni Państwo — to nie działa. Dziękujemy. Kurtyna.
Same piktogramy nie zrobią porządku, jeśli zasady są nagminnie łamane, a konsekwencje w praktyce są rzadko widoczne.
Katarzyna Muszyńska, rzeczniczka Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej w Bydgoszczy, przekazuje: „Nie odnotowaliśmy żadnego zgłoszenia w tym temacie, dlatego aktualnie nie planujemy zmian w regulaminie”.
No i pięknie — skoro nie ma zgłoszeń, to znaczy, że wszyscy jeżdżą w ciszy, nikt nikomu nie przeszkadza, a Bydgoszcz płynie tramwajem kultury osobistej. Oczywiście to sarkazm. Bo głośne rozmowy i głośniki w pojazdach widzi i słyszy każdy, kto jeździ komunikacją choćby od czasu do czasu.
Zanim dopiszemy kolejne punkty do regulaminu, warto powiedzieć wprost: największa różnica nie leży w samych zakazach, tylko w ich egzekwowaniu. Bo jeśli dziś miasto nie potrafi skutecznie poradzić sobie z czymś tak podstawowym jak picie alkoholu w tramwajach i autobusach (dla wielu pasażerów to codzienny widok), to dopisywanie kolejnych zasad bez realnej kontroli będzie po prostu kolejną ładną tabliczką.
To jest szczególnie oburzające — i mówię to wprost, podpisując się pod tą oceną. Owszem, możliwe, że ktoś czasem reaguje. Chętnie poznamy takie historie i konkretne przykłady działań. Tylko z perspektywy pasażera problem wygląda tak: jest gadanie, a skutku nie widać.
Jeśli chcemy w Bydgoszczy realnej „strefy ciszy” — takiej, która działa, a nie tylko dobrze wygląda — są dwie proste ścieżki:
Strefa ciszy nie jest fanaberią. To standard normalnego społeczeństwa, w którym zasady służą wszystkim. I jeśli Kraków potrafił — to Bydgoszcz też może. Tylko trzeba przestać udawać, że problemu nie ma.
Warto dodać jedno: temat został dziś podniesiony przez bydgoszczinformuje.pl — czyli kanał Miasta Bydgoszczy (Biuro Komunikacji Społecznej). A my wierzymy, że w tym świecie przypadków nie ma...ale są znaki.
Znak się pojawił, więc może problem jednak istnieje? Pozostaje trzymać się tej wersji optymistycznej: że miasto postanowi to szybko rozwiązać — i równie szybko się tym pochwalić. Tego się trzymajmy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze